Żyjemy! Naturalnie, choć pogoda paskudna i nie mamy na nic chęci. Nawet zwykłe wyjście "na siku" to walka z samym sobą i swoją niechęcią do takiej aury. Nawet ja zamiast aktywnie wypoczywać i spalać kilogramy póki wakacje - siedzę i nawet teraz wcinam paluszki. Paranoja.
Zmieniłam także image bloga. Teraz zamiast... oczojebnej, karcianej czerwieni i szarości dominują tutaj lekkie błękity, biele i gołębie odcienie. Ostatnio właśnie w takie barwy i klimaty mnie ciągnie.
Na sobotę planuję wypad ze znajomymi i ich psami. Pierwotny skład to york x2, labrador x1, mieszaniec x2 i może mój wredny jamnik, na szczęście jeden... Poza tym mam też parę planów, które wymagają realizacji, ale żeby je zrealizować potrzebuję entuzjazmu. Więcej napiszę w sobotę, jak już uzgodnię ew. działania z resztą "zapsieńców".
I po sobocie także postaram się napisać kolejną publikację, tym razem bogatą w zdjęcia :)
środa, 10 sierpnia 2011
poniedziałek, 18 lipca 2011
Retrospekcja niedzieli
A więc - witajcie! Moja długa nieobecność była spowodowana niezmiernym leniem i trwającym dwa tygodnie obozem. :) Ale teraz już wróciłam i zdążyłam już wrócić do starej monotonii.
U nas po staremu, jesteśmy zdrowi i żyjemy! A wczoraj wybraliśmy się nawet na wieś. Taką wieś w pełnym tego słowa znaczeniu, gdzie przy każdym domu jest stajnia, po ogrodzie biegają kury, a po każdej drodze przechadzają się tumany krów i koni. Wokół są pola, rzeki lasy, a cała mieścina jakby odcięta od cywilizacji. Po prostu bajka i marzenie.
Gogo rzecz jasna postanowił spędzić cały wyjazd po swojemu tj.:

Natomiast Toto wykrzesał z siebie ciut więcej entuzjazmu, czyniąc ten wypad przyjemnym dla nas obojga. Przede wszystkim nigdy bym nie pomyślała iż mój miejski terrier ma taki instynkt łowiecki. Dwa razy dosłownie "wyrywałam" mu kury z pyska, bo spryciarz znalazł sposób na wejście do kurnika i z uwielbieniem przyduszał kury i kurczęta. Nawet na spacerze udało mu się dorwać jedną, czego dowodem jest to przypadkowe w sumie zdjęcie:

Na szczęścia bardzo ładnie się odwoływał i wystarczyła jedna komenda, aby dał sobie spokój ze zwierzyną. Co mnie nie dziwi - na polne myszy i kury polował z uwielbieniem, natomiast na widok krowy wskakiwał na ręce.
W sumie wreszcie zrozumiałam jedno - mam wspaniałego psa. Rozdarciuch jest okropny, drze japę przy każdej możliwej okazji, ale jest wierny i obala wszystkie stereotypy iż york to pies kanapowy. Sprawia mu radość wykonywanie komend, a i słucha coraz chętniej. Dawniej na spacerze musiałam krzyczeć za nim i gestykulować, aby pies się z łaski swojej zatrzymał. Dziś wystarczy "Stój" i pies grzecznie czeka. Ba, nieraz wystarczy machinalnie wypowiedziane "Toto", a pies już patrzy się na mnie, już merda ogonem i czeka na komendę.
Z faktem, że bardziej przypomina kundelka niż yorka już się pogodziłam. :)








U nas po staremu, jesteśmy zdrowi i żyjemy! A wczoraj wybraliśmy się nawet na wieś. Taką wieś w pełnym tego słowa znaczeniu, gdzie przy każdym domu jest stajnia, po ogrodzie biegają kury, a po każdej drodze przechadzają się tumany krów i koni. Wokół są pola, rzeki lasy, a cała mieścina jakby odcięta od cywilizacji. Po prostu bajka i marzenie.
Gogo rzecz jasna postanowił spędzić cały wyjazd po swojemu tj.:

Natomiast Toto wykrzesał z siebie ciut więcej entuzjazmu, czyniąc ten wypad przyjemnym dla nas obojga. Przede wszystkim nigdy bym nie pomyślała iż mój miejski terrier ma taki instynkt łowiecki. Dwa razy dosłownie "wyrywałam" mu kury z pyska, bo spryciarz znalazł sposób na wejście do kurnika i z uwielbieniem przyduszał kury i kurczęta. Nawet na spacerze udało mu się dorwać jedną, czego dowodem jest to przypadkowe w sumie zdjęcie:
Na szczęścia bardzo ładnie się odwoływał i wystarczyła jedna komenda, aby dał sobie spokój ze zwierzyną. Co mnie nie dziwi - na polne myszy i kury polował z uwielbieniem, natomiast na widok krowy wskakiwał na ręce.
W sumie wreszcie zrozumiałam jedno - mam wspaniałego psa. Rozdarciuch jest okropny, drze japę przy każdej możliwej okazji, ale jest wierny i obala wszystkie stereotypy iż york to pies kanapowy. Sprawia mu radość wykonywanie komend, a i słucha coraz chętniej. Dawniej na spacerze musiałam krzyczeć za nim i gestykulować, aby pies się z łaski swojej zatrzymał. Dziś wystarczy "Stój" i pies grzecznie czeka. Ba, nieraz wystarczy machinalnie wypowiedziane "Toto", a pies już patrzy się na mnie, już merda ogonem i czeka na komendę.
Z faktem, że bardziej przypomina kundelka niż yorka już się pogodziłam. :)








zapowiedź czegoś wielkiego.
Tak tylko wpadam, żeby napisać, że u nas wszystko okej, ale z powodów wielu nie mogłam nic opublikować. Cały czas zbieram dotychczasowe materiały, ogarniam siebie i zdjęcia, które dotąd powstały. Za niedługo odezwiemy się pod postacią czegoś obszerniejszego :)
wtorek, 7 czerwca 2011
Mowa - Trawa o mało ważnych sprawach.
... czyli z braku laku piszemy bez sensu, byleby tylko pisać i nie dopuścić do dłuższych przerw. :)
U nas? Upały. Od początku tygodnia z braku czasu nie byłam z psimi na ani jednym spacerze. Trzeba to zmienić, może jutro uda mi się wygospodarować wieczorem troszkę czasu.
Tymczasem mając w kieszeni trochę pieniędzy zaszalałam i kupiłam psom cały kilogram ulubionych ciastek i gumowe friesbee od Trixie, aby wreszcie zacząć coś robić z Totkiem. Na początku byłam przerażona, bo młody nie podszedł entuzjastycznie do dziwnego przedmiotu. Trochę wygłupów i na dzień dzisiejszy jesteśmy na takim etapie:
(same zdjęcia straszne, wiem, ale trudno :))
U nas? Upały. Od początku tygodnia z braku czasu nie byłam z psimi na ani jednym spacerze. Trzeba to zmienić, może jutro uda mi się wygospodarować wieczorem troszkę czasu.
Tymczasem mając w kieszeni trochę pieniędzy zaszalałam i kupiłam psom cały kilogram ulubionych ciastek i gumowe friesbee od Trixie, aby wreszcie zacząć coś robić z Totkiem. Na początku byłam przerażona, bo młody nie podszedł entuzjastycznie do dziwnego przedmiotu. Trochę wygłupów i na dzień dzisiejszy jesteśmy na takim etapie:
(same zdjęcia straszne, wiem, ale trudno :))Poza tym musiałam kupić dużo innych rzeczy dla pozostałego "inwentarzu", który przy okazji mogę streścić. Na dzień dzisiejszy dzielę mieszkanie z dwoma psami, królikiem Frankiem, myszoskoczkiem Marcelkiem, chomikiem Tuptkiem oraz mysim emerytem Guciem. Więc jest wesoło, zwierzęco i wymagająco czasu, tym bardziej, że w najbliższym czasie będę musiała wyskubać pieniądze na remont myszoskoczkowej klatki, bo zieje pustkami. Renowacja króliczej zakończona sukcesem, mysia i chomicza trzymają się nieźle, tylko ta Marcelkowa jakaś pusta, goła i generalnie widać, że się M nudzi.
Przy okazji wielotematycznej notki muszę rozwiązać dwa główne problemy. Pierwszy to sprawa do załatwienia, czyli skupianie uwagi psów na mnie, natomiast druga to mój koszmar senny, czyli ilość jedzenia pochłanianego przez Tota. A raczej brak tego jedzenia.
Jak Gogo to żarłok, to Toto nie je praktycznie nic. Fakt faktem, że moja jakże inteligentna mama uczyła stwora jeść z ręki i to musimy robić do tej pory, bo zwierz się nie chwyci sam. Owszem, pojedyncze ziarenka karmy, tak dla zabawy zje, dziś doprowadzona do ostateczności dałam mu zwykłe chrupki corn flakes namoknięte w mleku bez cukru, co akurat zjadł ze smakiem, ale wszelakie próby podania mu zestawu ryż+warzywa+mięsko spełzają na niczym... W poniedziałek nawet zmiksowałam taką mieszankę, żeby składniki nie były leiste, ale połączone, ale to nic nie zmieniło. Niby dostaje witaminy, żeby całkiem go nie osłabiło, karmę przyjmuje z ręki + jakieś co smaczniejsze kąski jako smakołyki, ale uważam, że jeden posiłek powinien zjadać sam. Dziś były to akurat te nieszczęsne płatki, zdaje sobie sprawę, że to nie jest odpowiedni pokarm dla psa, ale musiał coś zjeść. Głodówki na niego nie działają, szuka sobie zajęcia, żeby nie być głodnym i tak nie je po dzień, dwa, a potem moja mama nie wytrzymuje i dokarmia Go z ręki, co akurat je chętnie. Załamuję ręce już. Kolejny punkt do listy "Co muszę zrobić we wakacje?". Jak tak dalej pójdzie, to nie wyrobię się do Świąt Bożego Narodzenia.
Dobranoc.
Przy okazji wielotematycznej notki muszę rozwiązać dwa główne problemy. Pierwszy to sprawa do załatwienia, czyli skupianie uwagi psów na mnie, natomiast druga to mój koszmar senny, czyli ilość jedzenia pochłanianego przez Tota. A raczej brak tego jedzenia.
Jak Gogo to żarłok, to Toto nie je praktycznie nic. Fakt faktem, że moja jakże inteligentna mama uczyła stwora jeść z ręki i to musimy robić do tej pory, bo zwierz się nie chwyci sam. Owszem, pojedyncze ziarenka karmy, tak dla zabawy zje, dziś doprowadzona do ostateczności dałam mu zwykłe chrupki corn flakes namoknięte w mleku bez cukru, co akurat zjadł ze smakiem, ale wszelakie próby podania mu zestawu ryż+warzywa+mięsko spełzają na niczym... W poniedziałek nawet zmiksowałam taką mieszankę, żeby składniki nie były leiste, ale połączone, ale to nic nie zmieniło. Niby dostaje witaminy, żeby całkiem go nie osłabiło, karmę przyjmuje z ręki + jakieś co smaczniejsze kąski jako smakołyki, ale uważam, że jeden posiłek powinien zjadać sam. Dziś były to akurat te nieszczęsne płatki, zdaje sobie sprawę, że to nie jest odpowiedni pokarm dla psa, ale musiał coś zjeść. Głodówki na niego nie działają, szuka sobie zajęcia, żeby nie być głodnym i tak nie je po dzień, dwa, a potem moja mama nie wytrzymuje i dokarmia Go z ręki, co akurat je chętnie. Załamuję ręce już. Kolejny punkt do listy "Co muszę zrobić we wakacje?". Jak tak dalej pójdzie, to nie wyrobię się do Świąt Bożego Narodzenia.
Dobranoc.
sobota, 4 czerwca 2011
Wodny "wymiatacz".
Wiem, że publikacja stosunkowo szybko po ostatniej, ale jakoś nie sądzę żeby chciało mi się to wszystko z dnia dzisiejszego opisywać jutro, czy pojutrze, a lubię pisać "na świeżo". :)
Więc korzystając z wręcz cudownej pogody (bezchmurne niebo i 27 stopni na termometrze) wybrałam się dziś nad rzekę Dunajec ze znajomymi, a towarzyszył nam Toto i nasz psi kolega Tofik.
Najgorsza była droga nad samą rzekę. Toto zachwycony i podniecony wizją bliższych kontaktów z Tofikiem (jak wspominałam dwie notki wcześniej - obu panów łączą relacje dość... kontrowersyjne) piszczał w autobusie niemiłosiernie, a całą drogę, którą musieliśmy przebyć pieszo rwał się do psiego kolegi.
Jednakże wreszcie dotarliśmy, rozbiliśmy "obóz" i psy zostały spuszczone ze smyczy. No właśnie, i tutaj drodzy psiarze proszę Was o radę.
Toto i Tofik znają się od pierwszych spacerów małego. Na początku ograniczali się do zabaw typowo psich, jednak potem mieli dłuższą przerwę w widzeniu i parę dni temu zobaczyli się po tym czasie. I tutaj pojawia się problem, bowiem dobrzy koledzy od tego czasu prawie cały czas się molestują. Non stop. Wtedy Toto się "wyłącza" i praktycznie nie reaguje na nic - na wołanie, na czynniki zewnętrzne, nic. Psy są do tego stopnia "napalone", że potrzebują wyżyć się na sobie do momentu wyczerpania i dopiero wtedy zaczynają normalnie funkcjonować, a i tak co jakiś czas się wzajemnie prowokują (dziś znacznie częściej prowokował Tocika większy kolega).
I nie mam pojęcia co z tym zrobić. Jakieś rady? Poza kastracją, bo tego chciałabym uniknąć. Nie, nigdy w życiu nie planuje rozmnażać Totka, ale wolałabym inny sposób.
Bo w momentach, gdy psy się nie zajmowały swoimi "sprawami", a ja nie korzystałam z dobrodziejstw wody Totek bardzo fajnie się skupiał, klikaliśmy, sztuczkowaliśmy, nawet zauważyłam cień, słabiutki cień zainteresowania szarpaczkiem, a warto tu dodać, że Tota nie interesują zabawki na dworze. Potem młody chętnie właził za mną do wody, wskakiwał na ręce i ogólnie wymagał uwagi. :)
Generalnie tak zmęczyłam drania, że jak doszedł do przystanku to usnął mi na kolanach i obudziłam go dopiero jak wyszliśmy z autobusu. A przeszliśmy dziś sporo, oj sporo. Z domu na przystanek, z zajezdni w Tarnów - Mościcach do samego Ostrowa przez Kępę Bogumiłowicką, potem wyszalał się nad rzeką i z powrotem ta sama trasa. :)
A Goguś? Ze względu na to, że podróżowanie z dwoma psami autobusem i ogólnie pokonywanie takiej trasy z dwoma psami z czego jeden ma ochotę na kontakty cielesne z trzecim psem, a drugi za wszelką cenę chce wrócić do domu to sport ekstremalny. Poza tym G. źle znosi upały i długie trasy więc korzystając z okazji zabrał się z moim tatą nad staw, gdzie "we dwójkę" wędkowali, co akurat mój staruszek kocha. Więc nie można powiedzieć, że siedział w domu, bo cały dzień spędził nad stawem.
Tot starł sobie na dodatek pazurki w tylnych łapkach, więc się przestraszyłam, bo trochę krwi było, ale sytuacja opanowana, a psiej od godziny 19 (kiedy wróciliśmy) do teraz śpi jak zabity. Teraz natomiast moja ulubiona część każdej notki - zdjęcia!




Więc korzystając z wręcz cudownej pogody (bezchmurne niebo i 27 stopni na termometrze) wybrałam się dziś nad rzekę Dunajec ze znajomymi, a towarzyszył nam Toto i nasz psi kolega Tofik.
Najgorsza była droga nad samą rzekę. Toto zachwycony i podniecony wizją bliższych kontaktów z Tofikiem (jak wspominałam dwie notki wcześniej - obu panów łączą relacje dość... kontrowersyjne) piszczał w autobusie niemiłosiernie, a całą drogę, którą musieliśmy przebyć pieszo rwał się do psiego kolegi.
Jednakże wreszcie dotarliśmy, rozbiliśmy "obóz" i psy zostały spuszczone ze smyczy. No właśnie, i tutaj drodzy psiarze proszę Was o radę.
Toto i Tofik znają się od pierwszych spacerów małego. Na początku ograniczali się do zabaw typowo psich, jednak potem mieli dłuższą przerwę w widzeniu i parę dni temu zobaczyli się po tym czasie. I tutaj pojawia się problem, bowiem dobrzy koledzy od tego czasu prawie cały czas się molestują. Non stop. Wtedy Toto się "wyłącza" i praktycznie nie reaguje na nic - na wołanie, na czynniki zewnętrzne, nic. Psy są do tego stopnia "napalone", że potrzebują wyżyć się na sobie do momentu wyczerpania i dopiero wtedy zaczynają normalnie funkcjonować, a i tak co jakiś czas się wzajemnie prowokują (dziś znacznie częściej prowokował Tocika większy kolega).
I nie mam pojęcia co z tym zrobić. Jakieś rady? Poza kastracją, bo tego chciałabym uniknąć. Nie, nigdy w życiu nie planuje rozmnażać Totka, ale wolałabym inny sposób.
Bo w momentach, gdy psy się nie zajmowały swoimi "sprawami", a ja nie korzystałam z dobrodziejstw wody Totek bardzo fajnie się skupiał, klikaliśmy, sztuczkowaliśmy, nawet zauważyłam cień, słabiutki cień zainteresowania szarpaczkiem, a warto tu dodać, że Tota nie interesują zabawki na dworze. Potem młody chętnie właził za mną do wody, wskakiwał na ręce i ogólnie wymagał uwagi. :)
Generalnie tak zmęczyłam drania, że jak doszedł do przystanku to usnął mi na kolanach i obudziłam go dopiero jak wyszliśmy z autobusu. A przeszliśmy dziś sporo, oj sporo. Z domu na przystanek, z zajezdni w Tarnów - Mościcach do samego Ostrowa przez Kępę Bogumiłowicką, potem wyszalał się nad rzeką i z powrotem ta sama trasa. :)
A Goguś? Ze względu na to, że podróżowanie z dwoma psami autobusem i ogólnie pokonywanie takiej trasy z dwoma psami z czego jeden ma ochotę na kontakty cielesne z trzecim psem, a drugi za wszelką cenę chce wrócić do domu to sport ekstremalny. Poza tym G. źle znosi upały i długie trasy więc korzystając z okazji zabrał się z moim tatą nad staw, gdzie "we dwójkę" wędkowali, co akurat mój staruszek kocha. Więc nie można powiedzieć, że siedział w domu, bo cały dzień spędził nad stawem.
Tot starł sobie na dodatek pazurki w tylnych łapkach, więc się przestraszyłam, bo trochę krwi było, ale sytuacja opanowana, a psiej od godziny 19 (kiedy wróciliśmy) do teraz śpi jak zabity. Teraz natomiast moja ulubiona część każdej notki - zdjęcia!




A tak wygląda zmęczony Toto ♥
piątek, 3 czerwca 2011
Yorkowe odpały.
Dzisiejsza publikacja będzie głównie zawierała tekst, czyli moje wypociny i przemyślenia na temat mojego psiego. A nawet dwóch.
Nawiązując do tytułu, który może wydawać się dziwny - Toto jest psem nieprzewidywalnym, wręcz bym powiedziała narwanym. Stąd też nie zawsze reaguje na moje polecenia tak jak powinien. Głównym czynnikiem zaburzającym jego reakcje są czynniki zewnętrzne. Jemu wystarczy drugi pies, samochód, człowiek czy nawet foliowa reklamówka, żeby naruszyć jego kruchą konstrukcję powszechnie zwaną stanem skupienia, a przynajmniej uwagi skoncentrowanej na mnie.
Od pewnego czasu ćwiczę z nim reakcję wzrokową głównie w domu. Za każde spojrzenie jest klik=smakołyk co daje całkiem spore efekty. Pies zaczyna "zawieszać" wzrok na mnie już machinalnie, nie oczekując nagrody. Nie powiem, że całkiem mi to odpowiada, bo na spacerach Toto bardzo fajnie się skupia oczekując mojej uwagi w terenie dla niego nudnym. Schody się zaczynają gdy pojawi się któryś z tych diabelskich czynników, o których już wspominałam. Jednak to mogę zwalić na słabą socjalizację wynikającą z tego, że do prawie 12 tyg. życia nie wychodził na dwór...
Czyli rubryczkę w mojej tabeli "Uwaga na spacerze" mogę odfajkować w połowie. Wszystko to sprowadza się do przygotowania Tota do jego pierwotnego przeznaczenia - friesbee i może domowe mini agility. W lipcu jak już go nakręcę na domowe szarpaczki zamawiamy dysk SoftFlite (śr. 20 cm) i zaczynamy! Oby się spodobało. ;) Agility zaczniemy jak uda mi się skompletować mini torek ( parę hopek, tunel ).
A co tam u drugiego psiego?
Gogo nie towarzyszy nam na większości spacerów z prostego względu - jego krótkie łapki bardzo źle znoszą upały... Nie chcę go męczyć, bo ma już ponad 9 lat, choroby kręgosłupa za sobą i wolę ograniczać. Poza tym to jest indywidualista nad indywidualistami i nie lubi spacerów w naszym towarzystwie. Przy każdej okazji stara się zwiać do domu, a spacer na smyczy to dla mnie żaden spacer. Za to w domu bardzo fajnie angażuje się w sztuczkowanie i tak oto co wieczór klikam z dwoma psami co nieraz jest strasznie zabawne. Dajmy na to wydaję Gogusiowi komendę "łapa", a tu nagle dwie łapki lądują na mojej ręce, a Toto zachwycony czeka na smakołyk :)
Natomiast notkę pragnę zakończyć dzisiejszym zdjęciem. Choć nie najlepsze pod względem wykonania, to z pewnością pozytywne :)
Nawiązując do tytułu, który może wydawać się dziwny - Toto jest psem nieprzewidywalnym, wręcz bym powiedziała narwanym. Stąd też nie zawsze reaguje na moje polecenia tak jak powinien. Głównym czynnikiem zaburzającym jego reakcje są czynniki zewnętrzne. Jemu wystarczy drugi pies, samochód, człowiek czy nawet foliowa reklamówka, żeby naruszyć jego kruchą konstrukcję powszechnie zwaną stanem skupienia, a przynajmniej uwagi skoncentrowanej na mnie.
Od pewnego czasu ćwiczę z nim reakcję wzrokową głównie w domu. Za każde spojrzenie jest klik=smakołyk co daje całkiem spore efekty. Pies zaczyna "zawieszać" wzrok na mnie już machinalnie, nie oczekując nagrody. Nie powiem, że całkiem mi to odpowiada, bo na spacerach Toto bardzo fajnie się skupia oczekując mojej uwagi w terenie dla niego nudnym. Schody się zaczynają gdy pojawi się któryś z tych diabelskich czynników, o których już wspominałam. Jednak to mogę zwalić na słabą socjalizację wynikającą z tego, że do prawie 12 tyg. życia nie wychodził na dwór...
Czyli rubryczkę w mojej tabeli "Uwaga na spacerze" mogę odfajkować w połowie. Wszystko to sprowadza się do przygotowania Tota do jego pierwotnego przeznaczenia - friesbee i może domowe mini agility. W lipcu jak już go nakręcę na domowe szarpaczki zamawiamy dysk SoftFlite (śr. 20 cm) i zaczynamy! Oby się spodobało. ;) Agility zaczniemy jak uda mi się skompletować mini torek ( parę hopek, tunel ).
A co tam u drugiego psiego?
Gogo nie towarzyszy nam na większości spacerów z prostego względu - jego krótkie łapki bardzo źle znoszą upały... Nie chcę go męczyć, bo ma już ponad 9 lat, choroby kręgosłupa za sobą i wolę ograniczać. Poza tym to jest indywidualista nad indywidualistami i nie lubi spacerów w naszym towarzystwie. Przy każdej okazji stara się zwiać do domu, a spacer na smyczy to dla mnie żaden spacer. Za to w domu bardzo fajnie angażuje się w sztuczkowanie i tak oto co wieczór klikam z dwoma psami co nieraz jest strasznie zabawne. Dajmy na to wydaję Gogusiowi komendę "łapa", a tu nagle dwie łapki lądują na mojej ręce, a Toto zachwycony czeka na smakołyk :)
Natomiast notkę pragnę zakończyć dzisiejszym zdjęciem. Choć nie najlepsze pod względem wykonania, to z pewnością pozytywne :)
środa, 1 czerwca 2011
Tocikowe nudy.
Witajcie!
U nas generalnie nic nowego - upał dalej ten sam i zapał do pracy także. Choć Toto widać, że się stara, przynajmniej w domu, na spacerach gorzej. Wzięłam go wczoraj na spacer "samoTotkowy", czego efekty widać niżej.
Sam Toto, kiedy jest sam na spacerach jest trochę zagubiony, ale pracujemy nad tym. Poza tym dużo klikamy w domu. :)
Bez zanudzania, obiecane foty:






U nas generalnie nic nowego - upał dalej ten sam i zapał do pracy także. Choć Toto widać, że się stara, przynajmniej w domu, na spacerach gorzej. Wzięłam go wczoraj na spacer "samoTotkowy", czego efekty widać niżej.
Sam Toto, kiedy jest sam na spacerach jest trochę zagubiony, ale pracujemy nad tym. Poza tym dużo klikamy w domu. :)
Bez zanudzania, obiecane foty:






niedziela, 29 maja 2011
Wiosenne porządki. :)
Witajcie!
Zmobilizowałam się i wreszcie wzięłam paskudy na spacer. Obie naraz co jak wiadomo zawsze przysparza problemów. Do tego towarzyszył nam Tofik znajomej, który z Totem zawsze się lubił bawić, ale to co strzeliło obu kawalerom do głowy dzisiaj to lekka przesada. Obaj panowie nie umieli opanować swojego samczego instynktu i dosiadali się wzajemnie... Nie wiedząc jak poradzić sobie z popędliwością Totka po prostu pozwoliłam im się na sobie wyżyć. To jest pierwszy z punktów mobilizacyjnych, który każe mi pracować z małym yorkiem, którego prawdę mówiąc ostatnio trochę zaniedbałam (mowa tu o socjalizacji).
Nad czym musimy popracować?
Nad wszystkim. Od zachowywania się na krótkich spacerkach na siusiu, gdzie problemem jest niesamowita szczekliwość i zaczepność mojego psa, do bezwzględnego posłuszeństwa na dłuższych przechadzkach, gdzie pies spuszczony ze smyczy powinien błyskawicznie być przy nodze właściciela na zawołanie...
Z Totem wiązałam wielkie nadzieje (frieesbe, mini agility, posłuszeństwo), ale rzeczywistość okazała się jak zwykle mnie rozczarować. Młody ma problemy nie tylko ze skupieniem swojej uwagi na mnie przez więcej niż 2 sekundy, ale także rozprasza go byle szelest i hałas, a na polu każdy pyłek jest atrakcyjniejszy u pani.
Tłumaczyłam sobie, że ten problem da się rozwiązać odpowiednio motywując psa. Jednak Tota kompletnie nie interesują smakołyki, ani tym bardziej zabawki... Trudno, będziemy się dalej starać. A tymczasem zdjęcia:









Zmobilizowałam się i wreszcie wzięłam paskudy na spacer. Obie naraz co jak wiadomo zawsze przysparza problemów. Do tego towarzyszył nam Tofik znajomej, który z Totem zawsze się lubił bawić, ale to co strzeliło obu kawalerom do głowy dzisiaj to lekka przesada. Obaj panowie nie umieli opanować swojego samczego instynktu i dosiadali się wzajemnie... Nie wiedząc jak poradzić sobie z popędliwością Totka po prostu pozwoliłam im się na sobie wyżyć. To jest pierwszy z punktów mobilizacyjnych, który każe mi pracować z małym yorkiem, którego prawdę mówiąc ostatnio trochę zaniedbałam (mowa tu o socjalizacji).
Nad czym musimy popracować?
Nad wszystkim. Od zachowywania się na krótkich spacerkach na siusiu, gdzie problemem jest niesamowita szczekliwość i zaczepność mojego psa, do bezwzględnego posłuszeństwa na dłuższych przechadzkach, gdzie pies spuszczony ze smyczy powinien błyskawicznie być przy nodze właściciela na zawołanie...
Z Totem wiązałam wielkie nadzieje (frieesbe, mini agility, posłuszeństwo), ale rzeczywistość okazała się jak zwykle mnie rozczarować. Młody ma problemy nie tylko ze skupieniem swojej uwagi na mnie przez więcej niż 2 sekundy, ale także rozprasza go byle szelest i hałas, a na polu każdy pyłek jest atrakcyjniejszy u pani.
Tłumaczyłam sobie, że ten problem da się rozwiązać odpowiednio motywując psa. Jednak Tota kompletnie nie interesują smakołyki, ani tym bardziej zabawki... Trudno, będziemy się dalej starać. A tymczasem zdjęcia:









Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

